Właśnie minęły dwa miesiące od naszego tygodniowego pobytu nad Bałtykiem, a ja jeszcze Wam nie opowiedziałam, co tam porabialiśmy… Tym razem wybraliśmy Dźwirzyno… Chodź, zapraszam Cię w krótką podróż na północ Polski…
Pod koniec marca, wraz z P. wybraliśmy się na tydzień nad morze Bałtyckie. Jeszcze w listopadzie P. trafił w internetach na świetną ofertę w hotelu Geovita. Aż żal byłoby nie skorzystać. Praktycznie od listopada odliczałam dni do wyjazdu. Aż w końcu nadszedł ten upragniony dzień. Zapakowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy przed siebie.
STARGARD
Zanim jednak dotarliśmy do celu naszej podróży, postanowiliśmy zatrzymać się, chociaż na chwilę, w Stargardzie, do 2015 roku zwanego Stargardem Szczecińskim.
Miasto, mające swoje korzenie aż w XIII wieku, mnie urzekło. Przeszliśmy się wzdłuż systemu obwarowań miejskich, zaglądając przez kilka bram. Zajrzeliśmy również na Rynek, powitać pomnik kolejarza….
Po odwiedzinach Stargardu ruszyliśmy w dalszą podróż.





DŹWIRZYNO
Na miejsce dotarliśmy jakoś po południu. Ulokowani w pokoju popędziliśmy na plażę przywitać się z morzem. Hotel Geovita jest cudownie położony. Wystarczy przeskoczyć przed wydmę, by cieszyć oczy bezkresem morza. A naprzeciw hotelu, po drugiej stronie ulicy, można zrobić zakupy w Polomarkecie.
Dodatkowym wielkim plusem hotelu jest strefa SPA, gdzie ochoczo ruszyliśmy się zrelaksować. Pływaliśmy również w basenie. Na szczęście o tej porze roku nie było zbyt wielu mieszkańców hotelu, więc bywało tak, że strefie basenowej byliśmy tylko we dwójkę. Luksus, że ho ho. A że basen duży, więc okazja do popływania znakomita.
Co porabialiśmy przez tych kilka marcowych dni?
Przede wszystkim spacerowaliśmy po plaży oraz w pobliskim lesie. Dzięki temu, że Dźwirzyno otaczają lasy iglaste, samo miejsce ma wręcz alpejski mikroklimat. Może to dlatego jest tak popularne latem? W marcu jednak większość lokali gastronomicznych oraz budki z pamiątkami były jeszcze zamknięte. Uśpione wyczekują lata…








Na jeden dzień wyskoczyliśmy również do ukochanego Kołobrzegu. Tam dopadła nas zmienność pogody. Najpierw było kilkanaście stopni i trochę słońca, a później… Słońce się gdzieś ukryło, niebo zasnuła mgła, a temperatura spadła aż do 6 stopni.





DROGA POWROTNA
Niestety, ani się obejrzałam, a tu trzeba było wracać do domu. I jak to już z nami bywa, również postanowiliśmy trochę pozwiedzać. Tym razem padło na Trzebiatów i Gryfice. Zanim jednak tam dotarliśmy, stanęliśmy na krótki spacer po Mrzeżynie, w którym już byliśmy jakiś czas temu. Kupiliśmy za to świeżą wędzoną rybkę, idealną na kolację po powrocie do domu.
Na trzebiatowskim rynku, ku wielkiemu zdziwieniu, dojrzeliśmy pomnik słonia. Bardzo sympatyczna pani opowiedziała nam, że w XVII wieku do Trzebiatowa dotarła słonica, która potrafiła zrobić niejedną sztuczkę. W mieście, tuż koło Rynku, odnaleźliśmy również mural poświęcony słoniowi.




Z Trzebiatowa ruszyliśmy jeszcze do Gryfic. Samo miasto nie urzeka aż tak bardzo jak Stargard czy Trzebiatów. Jednak i tam odnaleźliśmy cudne miejsce nad rzeką, w którym roślinność właśnie budziła się do życia.





NA ZAKOŃCZENIE SŁÓW KILKA
Urlopy w fajnych miejscach mają to do siebie, że za szybko się kończą… Tak było również i tym razem. Dotleniona i niezmiennie zachwycona naszym Bałtykiem wróciłam do domu. W dalszym ciągu twierdzę, że Polska ma najpiękniejsze plaże wśród tych, które miałam okazję ujrzeć. Polecam z całego serca podskoczyć nad Bałtyk.
